All is new

Nadszedł czas, żeby wyfrunąć z gniazda. Sporo się pozmieniało w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Założyłem nowe klucze na kółko do kluczy, założyłem również inne kółko na palec miłości mojego życia. Stało się to dokładnie 7 czerwca i był to zdecydowanie najszczęśliwszy dzień jaki przeżyłem. Rada dla tych którzy są przed? Starajcie się zaskoczyć, nie układajcie sobie w głowie co powiedzieć bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Samo oświadczanie się było zupełnie jak pierwsza minuta mojej prezentacji na maturze z polskiego. Nie za bardzo pamiętałem od czego zacząć więc wymyślałem co się dało. Ale efekt końcowy był tak jak na maturze – pozytywny. Nieopisana radość, dzielenie się dobrą nowiną z rodziną i znajomymi, z jej strony przywyknięcie do pierścionka na palcu. Oprócz tego w zasadzie niewiele się zmieniło, bo dalej jesteśmy sobą. Czeka nas oczywiście planowanie wielkiej ślubnej popijawy i tak dalej, ale to wszystko przed nami. Najważniejsze to być razem.

Mieszkanie razem jest świetne, wiadomo, ale trzeba przejść przez swoiste etapy nie posiadania rodziców, że się tak wyrażę, „pod ręką”. Po pierwsze, jedzenie. Pierwsze tygodnie to wymierzanie ile się razem zjada i wywalanie tego co się zepsuło. Druga sprawa to sprzątanie. Tak czy siak kiedyś trzeba, a syf z godziny na godzinę coraz większy (najgorzej tuż po przeprowadzce, patrz zdjęcie). No i po trzecie – przyzwyczajanie się do nowego otoczenia. Wszystko jest nowe, od zapachu szafy po panie w osiedlowym sklepie i smrodek na klatce schodowej. Na początku w ogóle nie czuć (he he), że faktycznie jest się u siebie, ale stopniowe „obsikiwanie” kątów pozwala tego pozbyć.

Najdziwniej jest iść w odwiedziny do rodziców i mieszkania gdzie spędziło się dotychczasowy kawał życia. Jest dziwnie jak cholera. Z jednej strony to najbliższa rodzina i dom, w którym zna się każdą płytkę. Ale z drugiej strony, gdzieś za lasem, ma się to wrażenie, że jednak nie jest się już w domu tylko tak jakby w gościach. Jakkolwiek zaskakująco to brzmi, taka jest prawda. Posiedzi się, pogada i człowiek wychodzi – nie na piwo do pubu na kilka godzin, nie na zajęcia, ale do domu. Pa pa, buzi i nie widzi się ich przez następne kilka dni. Może opisuję to bardzo lakonicznie, ale ciężko mi nawet opisać to doświadczenie. Chcąc nie chcąc kontakt się osłabia co wzbudza lekkie, chyba niesłuszne(?), poczucie winy.

Są to wielkie zmiany, które wiążą się z wieloma stresami i wybuchami radości. Polecam każdemu, ale trzeba też przygotować się na sporo oswajania się ze wszystkim no i to nieuniknione uczucie – starość się zbliża. Jak dla mnie, w żadnym stopniu nie oznacza to jakiejś tragedii. Dobrze jest mieć kogoś z kim można się zestarzeć i niekoniecznie spoważnieć 🙂

It’s high time I flew out of my parents nest and started living on my own. A lot has changed during the last few months. I’ve slipped new keys to the keychain round thingy, I also slipped a different thingy on my love’s finger. It happened on the 7th day of June and I can easily say that it was the happiest day of my life. A bit of advice to those before? Try to surprise her and don’t plan your speech too much because you’ll forget it anyway. The proposing itself was quite like the first minute of my Polish exam after high school – I did not remember how to start so I went with the flow and thought of something awkward. But all in all she said yes (obviously!). Incredible happiness and lots of sharing the news with family and friends but other than that not much has changed. We’re still us, only now we’ve got a big party to plan! Most importantly we’re together.

Living together is great, but there are a few stages you have to deal with when parents are not around. First thing is food and shopping. You have to measure how much you and your beloved can eat, then you throw the rotten stuff away. Secondly, cleaning – it’s messier and messier so you have to do something about it, no one to kick you in the ass for a start! And last but not least – getting to know the new surrounding. From the smell of your closet to the ladies in the local store. At first it all doesn’t really feel like home, but the longer you live there the more you adjust and get rid of this weird impression.

The weirdest and most awkward thing is to visit your parents and the place you’ve been living since you were born. On the one hand it’s the closest family you have and you know every corner of the house…but on the other, you feel like you’re a guest, no matter how surprising that sounds. You come in, say hi, eat some pie, drink some tea, talk about life and leave. I guess it’s kind of sad and brings out bits of guilt that the relations with my parents are weaker…i guess that happens to everyone at such stage.

So yeah, huge changes with lots of stress but also joy and pride. Highly recommended, just prepare yourself for those awkward feels I mentioned.

The thing is that you’re getting old but it’s awesome as long as you have someone to get old with. I know I do.