Analog

Dostałem od ojca kilka albumów rodzinnych do zeskanowania, ot zwykłe zdjęcia 10×15 z domu, znad morza, widoczki, ludzie, chwile. Przeglądając momenty swoich wakacji zacząłem wspominać, czym była wtedy dla mnie i rodziców fotografia. Tata odkąd pamiętam lubi robić zdjęcia wszystkim i wszystkiemu. Mama woli fotografować raczej tylko szczęśliwe chwile i najbliższych, co zawsze wydawało mi się piękne. Ja natomiast nie mogę sobie za bardzo przypomnieć swojego sposobu myślenia, gdy robiłem zdjęcia prostym pstrykaczem firmy “Premier”. Na pewno fotografia nie była wtedy moją pasją czy hobby, ale zdecydowanie wszystko szło w tym kierunku. Pamiętam natomiast dwa momenty, które przekonały mnie do tego, żeby zabrać się za robienie zdjęć.
Pierwszy moment to wzięcie do ręki starego Zorkija po dziadku czemu towarzyszyło moje wielkie zdziwienie, że aparat może mieć tyle pokręteł i guzików. Byłem równie zszokowany faktem, że nie potrzeba było baterii, żeby zrobić zdjęcie. Internet podpowiedział mi, że jest to pierwsza wersja tego aparatu, produkowana w latach 1949-1958. Powstało ponad 800 tys. sztuk. Piękna rzecz, ni cholery nie wiem czy działa poprawnie, bo co wkręcam film to przerywa go przy przewijaniu. Charakteryzuje go natomiast typowe dla tych aparatów skórzane etui, pachnące jak stara szafa. Podobny aparat dostałem od swojej matki chrzestnej – wersja “2C” czyli w zasadzie 2S (prod. 1955-1960; ok. 200 tys. sztuk). Należał do jej ojca.
Drugi moment to odebranie zdjęć z wakacji po wywołaniu w foto-punkcie. Koperta z reklamowym widoczkiem AGFY i namazanym “Jagiełło K. 10×15 2×36 kol.”… a w środku całe wakacje, za którymi płakałem jak bóbr w autobusie do Łodzi. Był bodajże 1997 rok, wyjeżdżaliśmy PKSem z Rowów, gdzie przez trzy tygodnie świeciło piękne słońce, a ja, 8-letni bąbel, beztrosko biegałem po podwórku nijakiej Pani Świergalskiej, u której wynajmowaliśmy pokój. Doskonale pamiętam gofry z bitą śmietaną i jagodami przy moście albo tak zwane “zarurze” czyli kawałek plaży, gdzie z wydm wystawały (i nadal wystają) wielkie rury. Chadzaliśmy tam z tatą pod wieczór i puszczaliśmy kaczki albo po prostu gapiliśmy się w morze i gadaliśmy o wszystkim. Pamiętam jak kiedyś wstrętne morze zalało mi kalosze przez co się poryczałem, ale potem w ramach przeprosin “podarowało” mi piłkę tenisową, która zapewne wpadła do niego godzinę wcześniej z pobliskiego kortu. Piłka nadal jest na półce u rodziców, leży tam od prawie 20 lat. Gdy kilka dni po powrocie do Łodzi zobaczyłem ponad 70 zdjęć tego, za czym tęskniłem najbardziej… cóż, to pokazało mi jak wiele można odzyskać z tego co się straciło bądź zapomniało, właśnie dzięki fotografii. Z roku na rok zdjęcia te mają coraz większą wartość i czuwają nad trwałością tych wspomnień.
Gdy robiłem zdjęcia już na dobre, nosiłem ze sobą wszędzie torbę wypchaną sprzętem (stąd pomysł na nazwę tego bloga) gdzie leżał mój pierwszy Nikon i co najmniej 2 obiektywy. Niektórzy znajomi ze studiów pewnie pamiętają mnie jako “tego z wielką torbą i aparatem”. Tak czy siak, cyfrówki dają tę wspaniałą wolność robienia zdjęć bez końca, kasowania nieudanych i zostawiania tych, które się chce zachować. Można sobie zrobić retusz na komputerze, przyciąć kadr, wybielić zęby, podrasować kolory i czego jeszcze dusza zapragnie. Możliwości są w zasadzie nieograniczone, jeśli ma się właściwy sprzęt i trochę wyobraźni.
Dlaczego więc kupiłem właśnie analogowego Nikona F90x? Bo mieszkam już we własnym domu, mam żonę, masę aparatów, obiektywów i może około 50 odbitek z czego do wywalenia tak naprawdę jest połowa. Na dysku leży ponad 150 gigabajtów zdjęć sięgających aż do 2006 roku. Żadnego z tych zdjęć nie mam wywołanego, a gdy je oglądam nie czuję, tego samego co w przypadku odbitek. Czuję odrobinę nostalgii i to, że mnie oczy bolą od gapienia się w monitor komputera. Ktoś powie “to wybierz sobie 36 zdjęć, idź i wywołaj”. Mógłbym, tylko z góry wiem, że to nie będzie to samo. Wiem co dostanę, wiem jak to będzie wyglądało, nie będzie elementu zaskoczenia. Zdjęcia będą ładne, ale martwe. To jak przelać kranówę do butelki i udawać, że pije się mineralną.
Drugą sprawą jest to, że fotografia analogowa uczy myślenia. Nie marnuje się zdjęć na nieudane ujęcia i rozważa się każdy kadr (głównie też dlatego, że wywoływanie tanie nie jest). Tak naprawdę do końca nie wiadomo czy zdjęcie wyszło czy nie. Nic nie zastąpi tego momentu, kiedy przegląda się odbitki i okazuje się, że coś co miało być zwykłym widoczkiem wyszło naprawdę pięknie, a z kolei inny kadr został prześwietlony i jest do wyrzucenia.
Tak więc podpinam jeden obiektyw, biorę aparat w łapę, ładuję film i wracam do 1997 roku. I jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za kilka dni bądź tygodni dostanę do ręki kopertę z namazanym “Jagiełło F., 10×15, 36 kol.”…

My dad gave me a few of our old family albums filled with random photographs of us on holidays, family, places and all that stuff. I have a scanner so I thought I’d save him some effort and just digitalize all of them. As I looked through the moments of my life from 20 years ago, I started reminiscing what photography was to me and my parents at that time. Dad loves shooting everything, from random stuff on the ground to people on the tram or trees in the woods. Mom, on the other hand, prefers taking pics of happy moments and people closest to her heart which I always found beautiful. I can’t really remember what or how was I thinking back in the day when all I could use was a simple analog point’n’shoot by Premier. Surely it wasn’t my passion back then, although I feel that the seed has already been planted. I do, however, remember two moments that convinced me to take it a bit more seriously.
The first one was when I first touched my grandfather’s camera that my dad kept in the drawer. I was amazed by how many buttons and switches could a camera have and that you didn’t really need batteries to use it. Internet tells me it’s the first version of the Zorkij which was produced between 1949 and 1958 (they made over 800k of these). Wonderful thing but I have no idea if it works, everytime I put the film in, it breaks after rolling it a bit. The case for it has a specific smell (like an old wardrobe filled with leather jackets). I also have the 2S version from my aunt. It belonged to her father. 
Second time I felt the love was when I went to the city with my mom to get the photos developed. We went to a small photo-booth in the city centre. I remember the moment when she was given a thick envelope with a sticker that had her name on it and “10×15, 2×36 col.” When we came home and I looked inside, I found my entire holidays that I spent at the seaside which I missed so much on the bus home when we left that place. It all came back to me in circa 70 photographs and made the “pain” so much easier to handle. I believe it was 1997 and we spent three weeks in a small town called Rowy. It was a beautiful and cosy place which was perfect for a 8-year old like me. I can recall the Baltic sea flooding my shoes with water which made me cry. I like to believe it wanted to apologize because a few minutes later I found a tennis ball, washed up on the shore. It made me very happy for some reason. The ball was probably thrown into the sea a few hours before that as there was a court nearby. It’s still at my parent’s, on the shelf. It’s been sitting there for almost twenty years now. Anyway, these photos actually told me how many memories you can preserve with photography. With each year they are more and more valuable to me.
Once I started photography for good, I used to carry a big bag with lots of gear inside, including my first Nikon and a few lenses. Some friends from the University times probably remember me as “that guy with a huge bag on his arm”. Digital cameras give you that much desired freedom of going nuts and taking millions of pictures and then selecting the good ones at the end. The possibilities of production and post-editing are practically infinite.
So why did I just buy an analog Nikon F90x?
I moved on, found a place, got married and really want to make the same kind of memories I did in 1997. My external HDD has over 150 gb of photographs dating back to 2006. None of these pictures have been developed and the only things I feel while looking at them are bits of nostalgia and a headache from staring at the laptop for too long. Someone may say “Just pick a few and go print them out”. Sure, I could but it wouldn’t be the same – I’d know what I’d get and there’s no magic in that. The pics would be nice and dead. It’s like pouring tap water into a bottle and pretending it’s mineral.
Another thing is that analog photography teaches thinking. You do not waste the tape on useless frames and think twice each time you want to release the shutter. That’s also due to the fact that developing is fucking expensive. But in the end, you don’t really know what comes out until you see it and nothing beats that feeling of excitement.
Therefore, I’m taking my “new” camera, attaching the 50mm lens and go back to 1997. If everything goes well I will once again see a thick envelope with my name on it. And with my moments inside.