Pepperland – 1 – Dom / The House

Dom w Justynowie mieści się przy ulicy Krzywej 28. Należał najpierw do ciotki Ewki oraz Marii Nawrotkiewicz, ale z czasem ciotka odkupiła drugą połowę. Podczas wakacji dom tętnił życiem i zawsze było w nim tłoczno. W kuchni po lewej stronie od wejścia przeskakiwały nad sobą ciocia Ewa, jej mama (Irena) oraz moja mama. Wszystkie doprawiały po sobie te same dania, co chwilę ogłaszając, że „soli jest za mało!”. Oczywiście w trakcie obiadu Pani Irena podsumowywała te starania krótkim stwierdzeniem, że wszystko jest niedosolone. W drugiej kuchni królowała pani Lodzia, która lepiła wyśmienite pierogi, a jej mąż, pan Jan, zawsze organizował coś „do picia”. Pan Jan dożył prawie setki, pani Lodzia też była tego blisko.

W jadalni cioci Ewy znajdował się stary, drewniany kredens, w którym chowała przede mną cukierki „Kapitańskie”; leżały zawsze obok przypraw. Od ostatnich cukierków minęło jakieś 20 lat, a z kredensu wciąż pachnie słodkością. Z garażu natomiast nadal urokliwie cuchnie stęchlizną i kurzem. Pamiętam wielkie, czarne kątniki, siedzące bez ruchu w swoich pajęczynach oraz rowery, które musiały spędzać tam całą zimę. Magiczne były też ciężkie szuflady pełne różnych rzeczy oraz stara, skrzypiąca, drewniana szafa ze zdobieniami. Podobny klimat panował w piwnicy, gdzie ciocia trzymała węgiel, drewno i masę rupieci, które kiedyś miały się przydać. Na piętrze natomiast były dwie sypialnie, poddasze przerobione na prowizoryczną łazienkę (znowu te pająki) oraz ciemny strych z wyjściem na dach. Wspomnianego strychu zawsze bałem się odwiedzać nie ze względu na panującą tam ciemność, ale wysuszone gniazda wrednych os, które co roku popełniały ten sam błąd uważając, że będzie to świetne miejsce do prowadzenia domu oraz masowej prokreacji.

Latem życie toczyło się również poza murami, czyli na łączce tudzież pod dwoma drzewami papierówek (gdzie wisiał mój hamak) i na tyłach domu, od strony płotu państwa Gryglewskich, dziadków mojego kolegi Artura. W jednym rogu stała też budka z toaletą, ale tego aspektu życia opisywać nie będę. Powiedzmy, że rzadko go wspominam. Jako, że działka cioci jest na rogu ulicy, po sąsiedzku był też mój drugi kolega, Adrian, a czasem i jego brat Patryk. Sierpień spędzaliśmy na łapaniu żab, wpadaniu na durne pomysły i wszystkich innych rzeczach, które czyniły mój Justynów magicznym. Dobrym przykładem może być nasza próba zaklejenia gniazda os pod parapetem przy pomocy kuli ze zlepionych przeżutych gum balonowych. Ja uciekałem pierwszy, więc nie kojarzę tego z bólem, co innego koledzy.

I tak do końca sierpnia.

The House in Justynów is located at 28, Krzywa St. As I remember, it first belonged to my aunt Ewa and Maria Nawrotkiewicz but at some point Ewa bought the second half and became the only owner. During the summer holidays this was a crowded place, full of life. In the left-side kitchen, my aunt, her mom Irena and my mom were always quarrelling over adding spices to food they were preparing for dinner. Naturally, at the table, my aunt’s mom would always say “This needs more salt!”. The right-side kitchen also had a queen, Mrs. Lodzia, who made phenomenal pierogis. Her husband, Mr. Jan, was the one who always organized “something to drink”. He died at the impressive age of 97 and his wife wasn’t far from that as well.

My aunt’s dining room had (and still does) one of those really old sideboards, she often hid the good old “Kapitanskie” candies in there so that I wouldn’t eat them before dinner. They were always next to sweet spices like cinnamon or cloves. It’s been over twenty years since the last time she hid them but the sideboard still has that familiar smell each time I visit. The garage, on the other hand, still reeks of dust and old wood. I rememeber huge, black spiders, patiently waiting in their webs. Also the bicycles that we had to leave for the winter because we had no room for them back in Lodz. I used to try and fix my bike by finding various stuff in old drawers, full of rusty nails, tools and cables which frankly was quite fascinating. I also loved the old wardrobe which was located in the back of the garage. It was one of those vintage, creaking, heavy pieces of art, with wonderful ornaments all over it.

The cellar is similar to the garage in terms of spiders and useless things lying around. We also kept wood and coal in there, for the colder days. The upper floor consists of two rooms, a rough-and-ready bathroom and the attic with a roof-accessing ladder – this one scared me the most because of the old beehives. Those damn bees were coming back every year, thinking this was a great place to live and procreate in.

Everyone loved spending time outside as well, on a small meadow by the house, under two apples trees where my hammock usually was, or by the fence between us and my friend Artur’s house. In the corner there was a toilet… allow me to skip that part, not too many flushbacks.

As for friends, my other neighbour was Adrian and his brother Patryk. All four of us used to spend the entire August catching frogs, having dumb ideas and doing all those things that made those times magical. To give you a taste – one time we thought of a great plan to plug a beehive under a window with a big ball made of chewing gum. I started running first so for me it wasn’t painful at all. Can’t say the same about others…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *