kg.

Udało mi się wyrwać dzień wolny od pracy, a że nie chciałem gnić w Internecie to postanowiłem porobić jakieś zdjęcia. Piękny, sierpniowy dzień, zapowiadane 25 stopni i bezchmurne niebo – ideał. Zapakowałem do plecaka niedawno nabytą Mamiyę RB67 razem z dwoma obiektywami, filtrami, cyfrówką (głównie do mierzenia światła), Kodakiem 735 czyli małpką na film, dwiema paczkami filmów, kanapką, portfelem i nożem. Do tego doszedł jeszcze statyw.. w sumie wszystkiego było z 8 kilo. Kupując ten aparat wiedziałem co mnie czeka, więc narzekania nie było. Najwyżej delikatne stękanie i okazjonalna „kurwa” pod nosem.

Obiecałem sobie wstać o 4:00 nad ranem, ogarnąć się i zdążyć na autobus (tudzież busik) o 5:06. O dziwo się udało i już o 5:45 stałem w środku lasu rozkładając statyw. Liczyłem na gęstą mgłę i się przeliczyłem, było tylko słoneczko, ale ok.  Pstrykając w tej leśnej ciszy doszedłem do wniosku, że największa wada Mamiyi RB67, czyli jej ciężar, jest zarazem jej największą zaletą. Pozwólcie, że wyjaśnię!

Robiąc zdjęcia aparatem cyfrowym, napieprzamy takie serie fotek , że pamięć na karcie znika szybciej niż apetyt po włączeniu TVP. Nadal istnieje w nas proces myślowy, ale nie mamy tego wewnętrznego impulsu, żeby pomyśleć dwa razy nad danym kadrem. Oczywiste jest, że w fotografii analogowej ten impuls jest, bo każde zdjęcie zapycha rolkę filmu, a każda rolka filmu kosztuje pieniądze. Z filmem małoobrazkowym nie jest jeszcze tak źle, bo mamy 36 klatek do naszej dyspozycji. Mamiya natomiast jest aparatem średnioformatowym i wykorzystuje ciut inny film. Ogólnie rzecz biorąc negatyw jest większy, ale krótszy i jedna rolka to zaledwie 10 zdjęć.

Oczywiście inne aparaty średnioformatowe nie pozwalają na wiele więcej. Film jest ten sam, można najwyżej zrobić mniejsze zdjęcie. Z Mamiyą natomiast jest taka sprawa, że gdy już pokonamy pierwszy szlaban w głowie, czyli zdecydujemy, że „tak, chcę temu czemuś zrobić zdjęcie”, a następnie pokonamy kolejne dwa lub trzy („tak, to będzie dobry kadr” oraz „nie, nie zmarnuję klatki”) to japońskie cudo dorzuca jeszcze jeden. Wiele razy przyłapałem się na sytuacji, gdzie byłem w 100% przekonany o wartości kadru, który miałem przed sobą, ale gdy przyszło do ustawienia aparatu, dochodziłem do wniosku, że jednak nie, nie warto. Aparat miał rację.

Chodzi o to, że wyjąć to z torby, nakręcić na statyw, porządnie ustawić i zrobić zdjęcie równa się ze spaleniem 300 kalorii. Mimo, że we wspomnianym lesie byłem sam, to czułem się jakby aparat był moim asystentem i podpowiadał mi czy opłaca się naciskać spust migawki czy nie. Kapitalna sprawa. Dlatego nie bójmy się dużych aparatów, bo mają swoje zalety. Tak samo jak wstawanie o 4:00 rano i spędzenie dnia na łonie natury.

 

I managed to get a day off work and the last thing I wanted is to spend it in front of my PC. It was going to be a beautiful, August day, 25*C (77*F) , clear sky – perfect for shooting some photos out in the wild. I packed my backpack which in the end consisted of a Mamiya RB67, two lenses, my digital camera (mostly for metering the light), a Kodak 735 point’n’shoot, some filters, lots of film, a knife and a sandwich. Add a tripod and it all came to about 8 kgs of gear. Not complaining though, I knew what I was getting myself into when I bought it all.

I promised myself I’d wake up at 4:00 am, take a quick shower, check everything and catch the bus at 5:06. Don’t know how, but I managed to pull it off and roughly at 5:45 I was already setting up the tripod in the middle of a forest. I hoped for a foggy morning but it was too hot at night so I had to be happy with just low sunlight. While working on the shots I came to a conclusion that RB67’s biggest flaw is also it’s biggest advantage. Let me explain.

Shooting with a digital camera lets us take hundreds or thousands of photos of everything, from every angle we want. The memory cards get full quicker than fashion models at KFC. We still have the train of thought while photographing but there is no impulse to make us think twice before releasing the shutter. That’s when analog cameras save the day, especially when we realize we only have 36 frames on a roll of film so gotta make them count! With medium format it’s even less (10 frames for me) so it’s another obstacle to think about.

RB67 adds one more which is the weight. It’s a heavy camera to carry around on your neck and it’s even more of a hassle to mount it on a tripod and then adjust the tripod’s position. Ultimately, you’re carrying something that looks like a WW2 weapon. Anyway, once we deal with the first few doubts that analog raises in our minds and we know that the frame looks right and it won’t be a waste of film, RB67 makes us think: „Is it worth setting the whole camera up for that shot?”. I never had that problem with an Ercona which is almost a pocket camera. Or with Pentacon Six which also was heavy but easier to use in terms of ergonomy.

But in the end, it’s great. During the whole shoot I felt like the camera wasn’t just a tool but my own assistant, giving me advice. There’s no lying to that camera, there’s no excuse not to listen to it – in the end I’m the one paying for the film, right? And then finally when you find a frame that the RB agrees with, you burn these 300 calories setting it up but the picture is yummy. And suddenly the weight is not that big of a problem anymore.

Nor is waking up at 4:00 in the morning!