Wschód słońca







To jest moje największe osiągnięcie tych wakacji i bynajmniej, nie chodzi mi o sukces zdjęciowy, ale raczej osobowościowy. Dla mnie wakacje są świętem i wstawanie o 4 rano jest po prostu nienaturalne. Ale tyle się naoglądałem zdjęć ze wschodów i tyle się naczytałem ich opisów (ach te kolory!), że postanowiłem zasmakować tej słodyczy. Ciężko mi opisać to, co widziałem. To trzeba przyżyć samemu, widzieć olbrzymią kulę wyłażącą znad horyzontu, morze mgły, słyszeć śpiew ptaków i czuć komara w lewym uchu. Magia. Pominę psa, który najpierw na mnie naszczekał, a następnie zeżarł jednego z moich dwóch batonów Snickers (baton do obrony?). Dodam tylko, że gdy wracałem, do głowy przyszło mi pełno nowych pomysłów na zdjęcia, ale mgła już się podniosła i było po ptokach. Byłem gotów wstać następnego dnia na to samo, ale…ech nieważne 😉