Uwielbiam takie rzeczy jak Igrzyska Olimpijskie. Człowiek siedzi i ogląda, a przy okazji jest to także świetna wymówka, żeby się nie uczyć (bardziej działało w liceum niż na uni). Ale przede wszystkim zawsze wielkie emocje. Nie da się opisać tego uczucia, że oni (czyli pierwsza liga polskiego fotoreporterstwa) tam są i robią zdjęcia, a ja w domu wpieprzam słone paluszki zamiast biegać wokół skoczni z aparaturą. Tak mnie skręca, że po suficie bym biegał. Ale taki los studenta. Co do sportowców to wiadomo – Małysz (mistrz!), Kowalczyk (mistrzyni!) i Sikora (coś tam, coś tam) jako wielkie nadzieje. Małysz już ma srebro, reszta dopiero się wykaże. Miałem ambitny plan, żeby wstać o tej 3 w nocy i obejrzeć sobie ceremonię otwarcia, ale oczywiście przez sen wyłączyłem budzik o 2:45 i radośnie wstałem o 9:30. Sen ponad wszystko. Obejrzałem powtórkę, a tam zepsuta instalacja zapalająca znicz oraz, co najsmutniejsze, tragedia gruzińskiego saneczkarza. Podobno tor źle zbudowany, ale nie mnie to oceniać. Na zdjęciu mama ciesząca się z podium naszego Orła 🙂