Zapuściłem się w swoje fotograficzne archiwa i zatrzymałem się nad tematem, który nie pozostał przeze mnie zrealizowany do dziś, choć zapewne już o nim wspominałem na blogu. Cmentarze wojenne towarzyszą mi na każdym kroku, zarówno w domu, z racji bitwy o Łódź z 1914, oraz poza domem. Szczególnie bliski mi to motyw zwłaszcza teraz, bo studiuję biografię Roberta Capy (Alex Kershaw – Capa. Szampan i krew), jak dla mnie i oczywiście dla wielu innych, najlepszego fotoreportera wojennego. Swoimi przemyśleniami na ten temat podzielę się, jak doczytam do końca. W ogóle warto przyjrzeć się wojnie jako czemuś, co można sfotografować. Czy chciałbym jechać na wojnę, żeby robić zdjęcia? To drugie najtrudniejsze pytanie. Pierwsze to czy pomógłbym komuś kto jest ranny podczas fotografowania walki. Uważam, że nie ma większego wyzwania dla fotografa. Z jednej strony rządzą nami instynkty samozachowawcze, z drugiej zwykła, ludzka ciekawość i pazerność. Zrobić zdjęcie umierającemu, czy pomóc? A może pomagamy mu robiąc zdjęcie i, tak jak Capa, tworzymy obraz ogromu wojny, który ma za zadanie powstrzymać innych przed przemocą. Nie wiem. W każdym razie tu się okazuje, kto tak naprawdę jest profesjonalistą. Takie zdjęcia zmieniają świat. Jeśli ktoś chce pooglądać fenomenalne kadry z wojen to proponuję wpisać w googlach “robert capa gallery”.

Jednak poza Capą, nie mogę i nie chcę wyrzucić z pamięci fotografii Wojciecha Grzędzińskiego, która wygrała Grand Press Photo 2009 w kategorii “Wydarzenia” (http://www.grandpressphoto.pl/ >poszukać po lewej w wynikach z 2009). Gruzja była niebem i piekłem dla fotoreporterów, a to zdjęcie w sposób idealny pokazuje co się tam działo. Mogę wpatrywać się i interpretować to zdjęcie godzinami. Jest wspaniałe. Jak powiedział Capa- “Na wojnie zdjęcia czekają, nie trzeba nawet specjalnie ustawiać aparatu. Wystarczy je tylko zrobić. Prawda jest najlepszym obrazem i najlepszą propagandą”.

Denerwuje mnie, żeby nie powiedzieć wk*rwia, postawa ludzi gdy widzą drastyczne zdjęcia. Debilne komentarze typu “jak ten potwór mógł wtedy robić zdjęcia, a nie pomóc rannemu”, “beznadzieja, po co to takie fotografować”, “łeee, co mnie trupy obchodzą”. Jakoś w 1942 nikt nie narzekał. Do dzisiaj za to, fotografia stała się czymś ogólnodostępnym i każdy uważa się za fotografa, bo ma aparat w komórce. Przez to zjawisko zanikła u ludzi umiejętność rozpoznawania dobrego zdjęcia. Czytelnicy gazet przestali myśleć, zazwyczaj nie czytają nawet artykułu. To jest straszne. Gdzie tu sens wydawania ambitnej prasy, wstrząsających reportaży, gdy procent tych, którzy go docenią jest tak mały.

Wracając do cmentarzy, to wokół Łodzi jest ich mnóstwo. Z pierwszej wojny, z drugiej, ewangelickie itd. Widziałem sporo z nich i niezwykłe jest zróżnicowanie stanu ich zachowania. Na jednym zobaczymy pięknie ustawione płyty z nazwiskami i krzyżem po środku placyku. A na innym nie zobaczymy nic, bo wszystko jest pod trawą lub między krzakami. Wiele razy widziałem takie sytuacje, że kępa drzew pozostawiona na polu, obok której przejeżdżałem setki razy okazuje się cmentarzem wojennym. Albo małe wzniesienie w lesie. Wystarczyło wejść i odgarnąć trochę trawy, a pod spodem dwie zniszczone tablice z napisami po rosyjsku “nieznany żołnierz”. Największą tragedią tych ludzi nie jest to, że zginęli, tylko, że mało kto o nich pamięta/wie.

Na zdjęciach od góry: Wiączyń Dolny, Joachimów Mogiły (2) oraz Bolimów.