Dziś, 8 marca 2010 roku, odeszła Saba, pies mojego wujka. Żyła 12 lat. Pisanie o niej nie przychodzi mi łatwo z racji tego, że spędzałem z nią ostatnie kilka wakacji. Wujostwo mieszka po sąsiedzku w Justynowie i jak latem wszyscy wyjeżdżali rano do pracy, Saba przychodziła do mnie i mojej matki chrzestnej, u której przesiaduję w lipcu i sierpniu.

Była wspaniałym stworzeniem, pełnym dobroci, mieszanką wilczura i labradora. Nigdy nie była zbytnio agresywna, najwyżej w stosunku do agresywnych ludzi/psów. Wyczuwała w jakim człowiek jest akurat nastroju i była najlepszym pocieszeniem w chwilach smutku. Bała się kotów, chociaż może nie do końca, bo najpierw je goniła, a potem nie wiedziała co z nimi zrobić. Jak większość psów, była fanką drapania za uchem, po brzuchu oraz tarzania się w trawie i śniegu. Gdy grało się koło niej w piłkę, biegała za człowiekiem i podszczypywała w tyłek. Bywała zazdrosna o inne psy oraz posiadała przydatny dla niej dar manipulacji ludźmi poprzez “piękne oczy”.
Przez ostatnie lata była wielką częścią i kolejnym jasnym punktem wakacji. Towarzyszyła nam zarówno na działce jak i na spotkaniach w gronie rodziny w Łodzi. Pozostanie w naszej pamięci do końca.