Sobotni Smoleńsk czyli pamiętny 10 kwietnia 2010.

Dwie minuty ciszy

Znicze pod Urzędem Miasta
Po marszu pod pomnikiem JP2
Pod katedrą
Marsz żałobny na Piotrkowskiej
Marsz żałobny na Piotrkowskiej
Księga kondolencyjna

W sobotę 10 kwietnia 2010 roku miała miejsca wielka tragedia. Rozbił się prezydencki samolot, zginęło wielu bardzo ważnych polityków, w tym sam prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią. Nic nie zapowiadało czegoś takiego.

Jak to pierwszy dzień weekendu, wstaję, robię sobie śniadanie, siadam przed telewizorem, obok rodzice czytają poranna gazetę. Zaczynam skakanie po kanałach, jeszcze lekko zaspany. Przeskakuję tvn24, na to ojciec mówi ‚wróć wróć coś tam o samolocie jakimś mówią”. Zareagowałem na zasadzie „co mnie rano w sobotę obchodzą samoloty jakieś”. Ale wróciłem na kanał 55 i wtedy zapadło milczenie. Było po 9 rano. Pierwsze informacje jakie zobaczyłem mówiły o katastrofie samolotu prezydenckiego. Pomyślałem, że pewnie sam pilot leciał w jakimś teście czy coś. Przecież nie z prezydentem. Kolejne informacje dotyczyły już tylko ofiar. Popatrzyliśmy na siebie z ojcem, ja się zaśmiałem (śmiech faktycznie, jak pisał Vonnegut, jest reakcja nerwową na widok tragedii). Przecież to niemożliwe. Momentalnie pobiegłem do komputera i zacząłem przeglądać strony serwisów informacyjnych, agencji. Nadal nie mogłem uwierzyć, że prezydent nie żyje, a razem z nim ludzie, którzy codziennie mówili do mnie przez tv o swoich racjach i poglądach. Koło 11 już było jasne, że nikt nie przeżył. Jasne było, że długo ten temat nie zniknie z mediów. Jasne było, że to jedna z największych tragedii XXI wieku. Na 20 kanałów, około 18 mówiło o wydarzeniach ze Smoleńska.
Chwyciłem za torbę z aparatem i popędziłem do Urzędu Miasta, ponieważ miała być wystawiona księga kondolencyjna. Po drodze obserwowałem jak reagowało miasto na straszną wiadomość. Straszne uczucie, że wszystko jest normalnie jak było – ludzie jeżdżą tramwajami, rozmawiają przez telefony, kupują w sklepach. Ale coś było nie tak. Czuć było, że wszyscy są świadomi tego, co się stało. Sam czułem się oszołomiony. Nic do mnie nie dochodziło. Niczego nie rozumiałem. Miałem tylko poczucie, że trzeba robić zdjęcia, bo za 50 lat będą one miały dużą wartość emocjonalną. Niczym zdjęcia z PRL-u. Po obfotografowaniu Urzędu, udałem się Piotrkowską do tramwaju, po drodze widziałem flagi opuszczane w dół, przewiązane czarną wstążką. Znicze. Podjechałem pod katedrę. Pomnik Grobu Nieznanego Żołnierza, pomnik Jana Pawła II – obłożone zniczami. Ludzie modlą się, płaczą. Gdy chciałem pstryknąć faceta sprzedającego znicze, w kadr weszła mi nawet jedna znana aktorka.
O godzinie 20:00 z Placu Wolności ruszył marsz żałobny. Marsz milczenia, świec, łez i smutku. Na 21:00 zaplanowano mszę w katedrze. Tysiące ludzi i ciemno jak cholera. Słychać tylko kroki, ciche rozmowy i trzaski migawek w aparatach. Do samej katedry już nie wchodziłem. Wróciłem do domu, przerzuciłem resztę zdjęć do agencji i poszedłem spać – kompletnie ocipiały.
Zaczęła się niedziela. W mediach już huczało od nazwisk ofiar – polityków, dowódców wojskowych. Rozmiar tej katastrofy doszedł do mnie dopiero gdy wyszedłem z ojcem na ulicę w celu obadania, czy jakieś sklepy są czynne. Kilka minut po 12 rozbrzmiały syreny. Z różnych miejsc dookoła. Ludzie się zatrzymali, samochody stanęły. Niewyobrażalny ryk, który zapamiętam do końca życia. Oczywiście zrobiłem zdjęcie. Jedna kobieta wybuchnęła płaczem. Po dwóch minutach ciszy, wszystko wróciło do normy. Auta ruszyły, każdy poszedł w swoją stronę. Mnie cisnęło w gardle. Bezsensowna śmierć ludzi, których oglądało się codziennie.
We wtorek odbył się marsz pamięci ku pamięci ofiar Katynia z 1940 roku. Liczyłem na powtórkę z soboty. Niestety ów marsz okazał się parodią. Tysiące gimnazjalistów i licealistów, wyciągniętych na siłę ze szkół, namówionych do sztucznego patriotyzmu. Tłumy roześmianych szczyli, które mój obiektyw musiał oglądać. Okropność. Niestety tak zawsze było, ale co wkurwia mnie najbardziej to fakt, że nawet w obliczu tak wielkiego nieszczęścia przyszłość narodu nie potrafi zachować powagi. Dziś jest czwartek, żałoba trwa dalej.
Media drążą temat coraz głębiej wsłuchując się w czarne skrzynki, analizując wiek i stan techniczny Tupolewa, którym latał prezydent. Przytaczają ostatnie wypowiedzi, zasypują ludzi czarno-białymi zdjęciami ofiar, publikują biografie, wypowiedzi bliskich. I bardzo dobrze. To nie może być zapomniane. Bardzo przejmujące jest zdjęcie, nie pamiętam już czyjego autorstwa, przedstawiające Jarosława Kaczyńskiego na miejscu tragedii oraz przy trumnie brata na Okęciu. Zwrócenie uwagi na oczy, w których widać ból i przerażenie.
Wybuchła również afera związana z pochówkiem pary prezydenckiej na Wawelu. Arcybiskup Dziwisz zadecydował o tym podobno „w porozumieniu z władzami kraju i rodziną zmarłych”. Osobiście nie pochwalam tej decyzji i uważam ją za emocjonalny spontan, ale nie mnie jest dane decydować dalej.
Pytanie pozostaje takie, jak Polacy sobie z tym poradzą. Jak słusznie ktoś zauważył, nastąpił efekt Michaela Jacksona – za życia ludzie się naśmiewali z człowieka, po jego śmierci upominają innych. A to nie o to chodzi, drogi narodzie. Nie chodzi też o to, kto ile kwiatów położy czy zniczy zapali. Liczy się pamięć. Wystarczy pamiętać, być świadomym tego, co się stało. Zrozumieć ogrom tych wydarzeń. Jednak niestety czuję, że za kilka dni/tygodni w telewizji czy internecie rozgorzeje niesmaczna dyskusja na niesmaczne tematy, która potwierdzi wszelkie stereotypy o Polakach.
Cześć ich pamięci!