Galicz – koncert/concert.

Tak oto po sobotnim spotkaniu z artystami (patrz poprzedni post), w poniedziałek odbył się koncert. Prawie pełna sala Teatru Nowego wysłuchała przekładów poezji i piosenek Aleksandra Galicza autorstwa mojego taty. Myślę, że największy komplement w jego kierunku to to, że teksty brzmiały jakby były napisane od początku po polsku. Nie było na sali osoby, która nie byłaby poruszona tym co słyszała. Gitara Aleksieja Siemieniszczewa, Ilja Zmiejew, którego głęboki głos wibrował po sali jak porządne głośniki na biurku, Lech Dyblik i Hanna Kossowska, którzy również z wielkim uczuciem wykonali swoje części. Wszystko to sprawia, że człowieka od razu porywa melodyjny rosyjski, z którym nie ma się przecież na co dzień tak wiele do czynienia. A jednak go brakuje i się za nim tęskni…

Nie będę się rozpisywał, jak bardzo mi się podobało, bo było po prostu pięknie. Bardziej nurtuje mnie natura tłumaczenia i bycia tłumaczem. Mam na mojej kochanej filologii angielskiej przedmiot „Tłumaczenie”, na seminarium też tłumaczę więc jest kiedy trenować. Miałem już jakąś tam wiedzę o tym fachu, bo przez lata widziałem, jak tata siedział nocami przy maszynie a później komputerze i zasuwał z rosyjskiego na polski, zdradzając mi czasami tajniki tego fachu. Chyba nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem z niego dumny. W kręgach tłumaczy poezji i prozy rosyjskiej w Polsce jest powszechnie znany i szanowany. Bakcyla złapałem na pewno, bo lubię tłumaczyć i nie patrzę na to jak kolejną pracę domową, tylko pewnego rodzaju rozrywkę z deadlinem, zabawę językiem (coś jak pisanie tutaj). Z tłumaczeniem jest jak z fotografią, żeby coś przełożyć dobrze, trzeba to czuć, musi to do człowieka trafiać i go zachwycać. Tak więc jak zjawiłem się na zajęciach kilka dni po koncercie, zdałem sobie sprawę, że wszystko na nic! Tłumaczyliśmy Sarę Kane, która bywa skomplikowana, ale nie zawsze. Tekst bardzo ciekawy, 4.48 Psychosis, czyli myśli osoby chorej na depresję (serio, bez sarkazmu, bardzo fajnie napisane!). Siedziałem i, słysząc jeszcze w głowie teksty Galicza, doszedłem do wniosku, że cała nasza grupa, pełna ludzi (którzy tłumaczą przecież nieźle) nawet razem wzięta, nie dałaby rady zbliżyć się do poziomu tekstów mojego ojca. Dopiero wtedy mnie olśniło, o ile klas trzeba być wyżej, żeby tak władać słowem. Szok.

Swoją drogą ma to na mnie pozytywny wpływ, bo aż się chce być lepszym. I ponownie, tak jak w fotografii – czerpie się ze stylu innych, żeby stworzyć swój własny. I jeśli ktoś kiedyś powie mi, że tłumaczę na poziomie mojego ojca, to będę wiedział, że osiągnąłem mistrzostwo.

After the Saturday meeting with the artists from the previous post, I attended their concert on Monday. Audience almost full, over 120 people. They all listened to the poetry and songs written by Alexander Galicz and translated by my dad. I think that the biggest compliment I can pay to my father is that everything sounded like it was polish from the beginning. There was not one person in the audience that wasn’t touched by the great performance. Beautiful guitar by Aleksiej Siemieniszczew, deep and loud voice of Ilja Zmiejew that murmured across the room, Lech Dyblik and hanna Kossowska who did their parts also extremly well. Although I don’t have a lot to do with Russian on the daily basis, I love the melody of this language. It’s like it was invented especially for singing purposes.

I won’t go on about how much I loved the concert. I’m more about the nature of translation and the profession. I study English philology and two of my classes are strictly devoted to translation so the whole thing is pretty close to my interests. When I started them, I already had some knowledge about translating because for years I’ve been watching my dad sit at night in front of a typewriter and later a computer, translating books from Russian to Polish, giving me hints from time to time. I don’t think he knows how proud of him I am. He’s one of the best and most respected translators in Poland whe nit comes to Russian prose and poetry.
Personally, I love translating. I never look at it as homework or a must, it’s more like writing here on my blog, let’s name it ‚fun with a deadline’. It’s just like photography – to do it well, you have to be impressed by what you’re about to translate, be fascinated and touched. Anyway, I attended my Thursday class, 3 days after the concert, and then it hit me. We were doing Sarah Kane – 4.48 Psychosis – great piece about what a depressed person thinks and feels, very well written, sometimes tough and sometimes easy. So there I was, still hearing Galicz and my dads’ texts in my head, and I reached a conclusion that even whole my group taken together, although they translate nicely, wouldn’t be able to achieve the level that my father represents. It looks simple – words. Well it isn’t.

All in all, it has a positive effect on me. I’m not discouraged, not at all. On the contrary! And again, it’s like photography – you look at other peoples’ styles to develop your very own. And if someone ever tells me that I translate as well as my dad, I will know that I reached mastery.